Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Po godzinach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Po godzinach. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 marca 2013

Obrazkowe szaleństwo


Obrazkowe barbarzyństwo??

Barbarzyńcy. Kiedy słyszę to słowo, to oczyma wyobraźni widzę hordy barbarzyńców, przekraczające granicę Cesarstwa Rzymskiego i niosących zagładę ponad tysiącletniej kulturze antycznej i dających początek wiekom średnim.

Nie wolno jednak zapominać, że i przybywający barbarzyńcy wytworzyli pewną kulturę, którą przynieśli ze sobą i wymieszali częściowo z rzymską. Może tak należałoby spojrzeć na tomik „Powrót barbarzyńców i nie”. Komiksem przedstawione wiersze, które najeżdżają na owe utwory, przedstawiają je w innym znaczeniu, burzą ład i porządek zaprowadzony tam przez autora. Muszę przyznać, że pierwszy raz spotkałem się z taką formą ukazania wiersza i trochę mnie ona zaskoczyła. Jestem zwolennikiem czytania książek i uważam, że telewizja zubaża naszą wyobraźnię. Natomiast interpretacja wiersza stanowi sama w sobie doskonałą przygodę, a komiks nasuwa już pewne wyobrażenia o tym jak postrzega wiersz grafik. I właśnie te obrazki mogą ukierunkować nasz sposób myślenia.

Oczywiście, nie zawsze tak jest, czasem zdarzy się, że ilustracja bywa trudniejsza do zinterpretowania niż wiersz i może właśnie obraz jest bardziej naturalnym sposobem analizowania świata, wszak myślimy obrazami, kiedy myślimy „kot”, to ukazuje nam się przed oczyma wyobraźni zwierzę z wąsami, ogonem i łapami, a nie słowo KOT.

Kiedy zacząłem czytać tomik, to bez oderwania, od razu pochłonąłem cały, a zazwyczaj gdy czytam wiersze, to może jeden, dwa naraz. Mózg mniej się nudzi, kiedy widzi kolory, czy ruch, ale czy połknięcie całego tomiku w jedną chwilę jest dobre?? Kiedy zgłębiam jakiś tomik, mogę robić to tygodniami i miesiącami, tutaj zaś w jeden dzień jest po wszystkim. Oczywiście potem można do niego wracać, ale droga przebyta wiele razy staje się z czasem nudna (nawet po zastanowieniu nie wymienię prawie żadnego sklepu na mojej drodze do szkoły, chociaż chodzę nią już kilka lat).

Jest na pewno jedna pożyteczna rzecz, która sprawia, że to mi się podoba. Aby zrozumieć jakiś problem, czy zdarzenie, trzeba znać pojęcia, wiedzieć, co oznacza, każde słowa, które się pojawi i właśnie takie komiksy oddają charakter pewnych rzeczy, których czytelnik nie może znać, jak np. w występującym w tomiku wierszu: „Nieodwracalne skutki rusyfikacji”. Ja jako jeszcze uczeń liceum nie mogę znać atmosfery czasów PRL-u, ale kolaż ze zdjęć szkolnych tworzących komiks sprawia, że łatwiej jest mi to jakoś zrozumieć.

Miałem napisać recenzję tego tomiku, a zamiast tego rozpisuje się nad tym czy lepiej czytać wiersze pisane komiksem czy nie i wciąż nie wyciągnąłem odpowiednich wniosków.

Mogę z całą pewnością stwierdzić, że jest to coś niesamowitego. I może „barbarzyństwo” uczynione tym wierszom wychodzi im na dobre?? Myślę, że jest to coś równorzędnego, przyjemne doświadczenie, które powinno się nawet powtarzać od czasu do czasu. Jednak nic nie zastąpi tradycyjnego bloku tekstu, do którego tak przywykliśmy od czasu wynalezienia pisma linearnego, wszak nie bez powodu wyparło ono pismo obrazkowe, które, mimo iż cięższe w użyciu, blokuje jednak po części wolną myśl człowieka, która nie lubi ograniczeń.

Dominik Kossak

czwartek, 21 marca 2013

„Wrzesień heroiczny”, czyli historia dla opornych

Niedawno zmarł mój dziadek. Był on gorącym patriotą i katolikiem. I zawsze aż do śmierci działał na rzecz ojczyzny. Gdy sprzątałem jego pokój znalazłem tomik wierszy, pt. „Wrzesień heroiczny”, który stanowi swoistą składankę wierszy wielu polskich pisarzy (ok. 150).

Opisuje on wrzesień 1939 roku oczami polskich poetów, którzy tworzyli wtedy lub w czasach późniejszych, lecz pamiętających tamten okres. Jest to o tyle niezwykłe, że można dowiedzieć się z tego dzieła jak żyli ludzie przed wojną, o przebiegu kampanii, o bitwach, o nalotach,. Można dzięki temu prześledzić sposoby walki, poznać osoby biorące udział w dramacie: dowódców, pisarzy. A co najważniejsze, czego nie ukażą, żadne podręczniki od historii, a co może ukazać tylko wiersz, emocje: strach, złość, odwagę, miłość i nienawiść. Wszystko to zamknięte w jednym tomiku, cały dramat kampanii wrześniowej, która zadecydowała o historii naszego narodu. Znalazłem tam też takie wiersze, których uczyliśmy się na pamięć w szkole podstawowej takie jak „Pieśń o żołnierzach z Westerplatte” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego co przywołało fale wspomnień oraz pozwoliło przysiąść się to tej książki jak do czegoś, co już jakby się zna i zatopić się w innych wierszach, zatracając się w studiowaniu historii jak nigdy przedtem mi się to nie zdarzyło.
Mogłaby być to historia dla opornych, nie nudzi, trzyma w napięciu i nie daje zapomnieć o naszej historii, dzięki której jesteśmy, jacy jesteśmy. Bo najważniejsze to nie zapomnieć w życiu, kim się jest. I być z tego dumnym.



 Dominik Kossak

środa, 20 marca 2013

Będzie coś szył.

Zbiory z różnych okresów twórczości autora, są o tyle ciekawe, o ile możliwe jest dostrzeżenie pewnej ewolucji stylu, a nawet samego twórcy. Jednak Marcin Sendecki, który przedstawił mi się w swojej poezji pozostaje ten sam, natomiast rzeczą zmienną w jego twórczości jest pomysł na wiersz. Piszę o autorskim wyborze zatytułowanym „Błam”. 

Zapytani o napisanie recenzji wszyscy odwracaliśmy oczy. Prawdopodobnie dlatego, że tomik do kieszonkowych nie należy. Wierszy jest dużo. „Poeta BruLionu” w tym przypadku, chyba nie tylko oznacza przynależność wydawniczą. Odczytywane, przypominały mi rodzaj zapisków Pana Marcina. W mojej głowie rysował się obraz poety, który otwiera swój dziennik, notuje wersy, układa je, a na końcu oddaje do druku. A wszystko to jest jak wielkie polowanie na zwierzynę bardzo szybką, a można by i powiedzieć, że ulotną – myśl. Jednak interpretacja tego, co pozostaje złowione może okazać się niełatwą sztuką. Wiele tekstów przestaje być oczywistymi i próba zrozumienia podmiotu staje się trudna, przynajmniej dla mnie. Odniosłem wrażenie, że do odczytywania tej twórczości potrzeba albo urodzić się w sześćdziesiątym siódmym, albo być znawcą poezji współczesnej. 

Jednak jako dzielny uczeń liceum, niepoddający się na tym etapie, brnąłem dalej w poszukiwaniu czegoś dla siebie. Skupiłem się na zabawie formą, która wszechobecna w tomiku, okazała się być moim najczęstszym kluczem do odczytywania dzieła. Podziwiałem jak sens wychodził znacznie poza treść, bo dostrzegałem go w doborze słów, rytmice wiersza, a czasem jego zapisie. Okazuje się, że na przykładzie arkusza „Książeczka do malowania” poezja może być uchwycona w obrazek, w „Parcelach” nie musi posiadać tytułu, a w „Farszu” mogą nim być sylaby. Niektóre wiersze mogą składać się z jednego wersu, a w innych wersy mogą składać się z jednego słowa. Natomiast te odpowiednio użyte, tak jak w „No Logo”, mogą nadać styl, na przykład Johnny'ego Casha, któremu poświęcony jest utwór. W innych znajdziemy wstawione fragmenty prozy, gry nawiasami, a czasem, dłuższy od reszty przypis do wersu Mickiewicza, który wydaje się nadawać więcej sensu niż sam wiersz. Dla Marcina Sendeckiego pomysły nie mają ograniczeń. 

Na końcu, po zamknięciu okładki, spróbowałem się odnieść do całości. Doszedłem do wniosku, że jedyne co mogę powiedzieć, to że jest intrygująca.. Nie wnosi nic, albo wszystko. Ten paradoks powstał po przyjrzeniu się zakładce, której grafika z „Pół” prezentuje połowę pierścieni podobnych do tych z czytanego dzieła. I jakiejkolwiek metafory można by doszukiwać się w tym momencie, a zapewne można, spuentuję to moim innym spostrzeżeniem, że czerwony, biały i czarny to zestawienie kolorów, które często występuje we współczesnej kulturze „minimalizmu”. 

Godne podziwu jest każde doświadczenie, które zostało przeprowadzone z wierszem, a zszyte wszystko razem, rzeczywiście stanowi błam z mnogich skór. Pozostaje pytanie, jakie futro może z tego uszyć czytelnik? 

Szymon Wojciechowski

Romans wszechczasów

Joanna Chmielewska, a właściwie Irena Kuhr, jest autorką powieści sensacyjnych, kryminalnych, komedii obyczajowych, a także książek dla dzieci i młodzieży. Jej najbardziej znanym dziełem jest ciągle kontynuowany cykl „Przygody Joanny”, który zaczyna się powieścią „Klin”. Z książek dla dzieci zaś bardzo popularna jest seria o Janeczce i Pawełku, zaczynająca się powieścią „Nawiedzony dom”. Książka, na której się skupię, należy do cyklu „Przygody Joanny” i nosi tytuł „Romans wszechczasów”. Została ona wydana w 1975 roku i po dzień dzisiejszy jest jedną z częściej czytanych pozycji tej autorki.

Książka, jak pozostałe z danego cyklu, skupia się na perypetiach młodej warszawianki, której życie nieustannie zaskakuje czytelników. W powieści „Romans wszechczasów” pani Joanna właśnie wróciła z wakacji w Danii (jej przygody z tamtego okresu można przeczytać w książce „Wszystko czerwone”) i przynajmniej pozornie wydaje się, że najbliższy czas spędzi na odpoczynku. Jednak takie spokojne życie, to nie u pani Joanny. Podczas zwykłego zimowego spaceru dochodzi do niezwykłego incydentu. Joanna zostaje przypadkowo pomylona z inną osobą. Gdy okazuje się, że różnic pomiędzy nią a pierwowzorem faktycznie nie ma zbyt wiele, Joanna zostaje poproszona o czasowe udawanie całkowicie obcej jej osoby. Choć przeciętny człowiek nigdy nie zgodziłby się na taki układ, Joanna ma tylko niewiele wątpliwości, które dodatkowo rozwiewają się już na początku i kobieta przyjmuje propozycję. Przez najbliższe 3 tygodnie zgada się wcielać w Basieńkę, która w tym czasie ma coś bardzo ważnego do załatwienia. Joanna zamieszkuje w obcym jej domu i nie spodziewa się niczego nadzwyczajnego. Rzeczywistość jednak ją zaskakuje.

Pełna humoru, tajemniczości i niezwykle zabawnych sytuacji powieść zachęca do przeczytania. Z każdą stroną czytelnik wgłębia się w zawiłą detektywistyczną fabułę. Przed nami widnieje zagadka, która okazuje się trudna nawet dla najbardziej spostrzegawczych czytelników. Joanna Chmielewska umiejętnie przeprowadza nas przez kolejne aspekty zagadki tak, jak widzi ją główna bohaterka. Myślę, że jest to idealna książka na długie popołudnie, gdy siedząc w fotelu czekamy na nadchodzącą wiosnę.

Agnieszka Łukaszun

Co robi bohater powieści Arthura Conana Doyle’a w oblężonym Breslau? Dlaczego „wszystko jest teatrem”? A diamenty są takie ważne?

„Ucieczka Festung z Breslau” jest genialnym kryminałem z historią w tle. A może powieścią historyczną ze śledztwem na drugim planie? Ten zdecyduje, kto przeczyta. Warto jednak wiedzieć, że bynajmniej nie jest to opis walk na froncie, opis zdobywania miasta czy poświęcenia jego mieszkańców, nie ma strzelanin, bo nad wszystko bohaterowie wolą pokojowe załatwianie spraw- trochę straszenia, trochę teatru i oficer Abwehry* nagle dowodzi oddziałem Armii Czerwonej i zdobywa mapę sztabową ataku na Breslau. Nie ma też pościgów, choć adrenaliny nie zabraknie. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, szczególnie wrocławianin, bo przecież jest to książka napisana współcześnie, więc wszechwiedzący Holmes czasami doskonale opisuje teraźniejsze miasto czasami skłaniając nas ku refleksji „Co się stało z tymi, którzy mieszkali tu przed nami? Co było tu gdzie teraz jest wielka pusta przestrzeń?” Zdziwilibyśmy się jak inne było nasze miasto, kiedy jeszcze nie było nasze.

Jest to opowieść o dwóch ludziach, którzy chcą przetrwać i nie tylko, mają bardzo rozległe plany życia po wojnie. Ale czy to nie będzie zdrada, jeśli rzucą wszystko to, za co inni oddali życie? Nawet, jeśli to przeżyją a to jest dla nich najważniejsze. Szczególnie, że żaden nie jest jakoś specjalnie przywiązany do państwowej ideologii. Jest jeszcze piękna Niemka, zakochana w oficerze z wzajemnością. Czy w oblężonej twierdzy jest czas na miłość? Szczególnie, kiedy nad głowami bohaterów gromadzą się czarne chmury i każdy wywiad jest wrogiem, kiedy nawet własna organizacja już nie obroni przed oskarżeniami.

Tą książkę jak i całą twórczość Andrzeja Ziemiańskiego polecam każdemu, kto lubi przeczytać historię jednym tchem, bo wciąga i naprawdę trudno porzucić ją dla czegoś innego. Przegrywa z nią nawet Facebook!

*Abwehra, właściwie Abwehr, organ wywiadu i kontrwywiadu niemieckich sił zbrojnych, działający w latach 1921-1945.

Klaudia Sudoł

Wyznanie

Zapomnianym

Czy ty wiesz czytelniku

Jak ubogi byłem

Kiedy to pisałem?

Czy wyobrażasz sobie

Moje ręce zgrabiałe od zimna

Drżące.

Czy wiesz jak samotny

Jest człowiek

Pośród miliona słów?

Czy wiesz jak byłem

Odpychany, niechciany

We własnym narodzie?

Czy wiesz co czuje pierwszy

Kiedy nie widzi innych?

Czy wiesz czytelniku

Czym jest wiedza, której

Być może

Nie posiadasz.

Jeśli nie…

To skąd wiesz kim jesteś?

Klaudia Sudoł

poniedziałek, 18 lutego 2013

Rozmowa

Jadąc autobusem spoglądałam za okno, moje myśli krążyły wokół jak stado ptaków ulatujących w różne strony świata. Autobus podjechał na przystanek, na którym stało kilku ludzi. Jednym z wsiadających był specyficzny mężczyzna. Nie mogłam określić jego wieku. Ubrany był jak większość starszych osób, ale spojrzenie miał młodzieńcze i aż biły z niego ciekawość i energia. Ten nienadający się do zaszufladkowania mężczyzna usiadł obok mnie i niespodziewanie zaczął rozmowę:

Znajomy Nieznajomy: Mam marzenie…

Zdziwiłam się, bo nie spodziewałam się takich wynurzeń. A może był to początek podrywu? Niepewna, co powiedzieć dość obojętnym tonem stwierdziłam.

Ja: Każdy je ma, ten siedzący za nami kierowca, tamta starsza pani. Każdy. – wzruszyłam ramionami. 

A ten oto człowiek zamiast przerwać tą dziwną rozmowę kontynuował : 

ZN: Tak, ale ja śnię za wszystkich. 
J: Jak to? 
ZN: Tak to! Ja produkuję marzenia .
J: Przecież każdy ma własne oryginalne. 
ZN: Tak, ale… ja jestem… tym… 
J: Kim? 
ZN: Tym, o którym marzą! 
J: Nie, nie, niemożliwe.
ZN: Ależ tak. 
J: Przecież niektórzy śnią o ideale… 
ZN: To ja. 
J: Inni o bogactwie. 
ZN: To też ja. 
J: Jeszcze inni o wolności, szczęściu… 
ZN: O to tym bardziej ja. 
J: Ale, ale…

Ta rozmowa była coraz dziwniejsza. 

ZN: Co? 
J: To o czym ja marzę? 
ZN: Ty marzysz o tym żeby marzyć publicznia, choć się to tego nie przyznajesz, jakby marzenie to było coś obraźliwego, wstydliwego nawet niegodnego. Ale nie martw się - nieznajomy poklepał mnie przyjacielsko po ramieniu - teraz przyznawanie się do marzeń jest oznaką słabości. Nikt teraz nie mówi o swoich spełnionych snach, rojeniach. Dlatego siedzę w autobusach i tramwajach, na przystankach. Słucham ludzi, próbuję zobaczyć świat ich oczami. Ty też powinnaś spróbować. 
J: Jaaa… - naprawdę nie wiedziałam co powiedzieć. Nagle zaświtała mi w głowie pewna kwestia. - Jak masz na imię? 
ZN: Nie mam imienia. 
J: Każdy je ma. 
ZN: Ja mam ich wiele. W każdym wieku, mieście, dla każdego człowieka nazywam się inaczej. Dla jednych jestem Szczęściem, dla drugich ulotną Siecią Snów, albo raczej jej Tkaczem. Inni biorą mnie za już spełnione marzenie.

Nagle mój rozmówca wstał, byłam zaskoczona, przecież miałam jeszcze tyle pytań, a on po prostu wysiadł nawet się nie żegnając. Wyglądnęłam za okno, żęby zobaczyć gdzie poszedł, ale nagle obudziłam się w autobusie, a koło mnie siedziała starsza pani z miłym uśmiechem na ustach:

- Wyspałaś się kotku? 
- Tak - odpowiedziałam - przepraszam.

Wysiadłam z autobusu na najbliższym przystanku i rozmyślałam. Co znaczył ten przedziwny sen? Kim jest Tkacz snów? Wiedziałam, że wrócę do tych rozmyślań ,ale na razie musiałam iść na zajęcia z angielskiego, odłożyłam więc te dziwne myśli na kolejne sny, w końcu wtedy najlepiej się myśli.

Klaudia Sudoł

niedziela, 17 lutego 2013

Mam dla Pani recenzję naprawdę niesamowitej książki.

Åke Edwardson a właściwie Karl Åke Peter Edvardsson jest szwedzki twórcą powieści kryminalnych, wcześniej był wykładowcą na Uniwersytecie w Göteborgu, mieście gdzie dzieje się akcja utworów z udziałem Erika Wintera. "Taniec z aniołem" to pierwszy tom Czarnej Serii skandynawskiego autora. Książka została wyróżniona nagrodą Szwedzkiej Akademii Kryminału jako najlepsza powieść kryminalna 1997 roku.

Młody chłopak, Szwed, przyjeżdża do Londynu. Wkrótce zostaje znaleziony martwy w swoim pokoju hotelowym. Niedługo potem w akademiku w Göteborgu policjanci znajdują drugą ofiarę – tym razem jest to młody angielski turysta. Dwa makabryczne morderstwa, popełnione w dwóch, jakże odległych od siebie miastach. Służby bezpieczeństwa, zarówno w Londynie, jak i w Göteborgu, współpracują, aby rozwiązać zagadkę. Oba przestępstwa łączy niezwykła brutalność i ślady nagrywania ich na taśmę wideo. W obydwu krwawe dowody każą przypuszczać, że w odbył się tam makabryczny taniec. Przypadek? Aby dokładniej zbadać sprawę szwedzki detektyw, Erik Winter, jedzie do Londynu, by spotkać się z komisarzem Stevenem McDonaldem. Kolejne elementy tej, mrożącej krew w żyłach, układanki napawają ich przerażeniem, a prawda zdaje się być poza zasięgiem ich pojmowania.

„Taniec z aniołem” to kolejny skandynawski kryminał, który może być godnym przedstawicielem swojego gatunku. Mimo iż początek jest nieco trudny (zwłaszcza dla kogoś, kto nie jest ogromnym fanem tego gatunku) później akcja nabiera tempa. Można nawet przyłapać się na efekcie “jeszcze tylko jedna strona”. Mocną stroną książki jest też wyobcowanie, niepokój oraz długo skrywane urazy. Bohaterowie tego kryminału zaserwują nam sporo wartościowych spostrzeżeń na te tematy. Także główny bohater niepozbawiony jest wad i ciemnej przeszłości.

Książka napisana jest w świetnym stylu. Wszystkie elementy układanki są na miejscu - psychopatyczny morderca, który zabija według ustalonego schematu, najlepszy policjant, który oprócz pogoni za przestępcą, toczy walki z samym sobą - niby dostajemy, wielokrotnie już powtórzoną, fabułę, jednak, mimo wszystko, przykuwającą uwagę.

Alena Loreth

poniedziałek, 17 grudnia 2012

POŁÓW 2012

Gdzieś we Wrocławiu pośród tysiąca zapachów i dźwięków, które miały związek ze zbliżającymi się świętami, słychać było nieśmiały, lekko drżący Głos. Starał się przebić przez krzyki dzieci błagających o kolejnego batonika i zmęczone (może nie tyle zmęczone, co znudzone) odpowiedzi mężów na pytania żon dotyczących prezentu dla ukochanej mamusi. Głos co chwila chował się za zapisanymi kartkami, pragnąc być zauważonym i zrozumianym przez inne Głosy, ale przede wszystkim chciał zostać nazwany Poetą.
Niestety, od innych otrzymał miano debiutanta, co bynajmniej nie ostudziło jego zapału. Debiutant. To już coś. Od debiutanta tylko krok do poety. Poeta jest znany, poeta pisze, poetę chwalą, poeta zarabia. Głos-debiutant starał się nie myśleć o minusach, póki wszystkie oczy (małe, duże, jasne, ciemne, pozbawione krzty inteligencji i te nieco mądrzejsze, choć dla niego wszystkie tak samo przerażające) są zwrócone na niego i chłoną każde słowo z jego ust, każdy dźwięk. W końcu był Głosem. To do czegoś zobowiązuje. 
Tego dnia w centrum uwagi byli:  Katarzyna Fetlińska i Filip Wyszyński.  „Wyłowieni” debiutanci zaznali prawdziwego sukcesu, z tym że każdy z nich w odmienny sposób.  Droga do zaistnienia w świecie poezji w przypadku Katarzyny Fetlińskiej, była dość krótka. Wszystko potoczyło się w zaskakująco szybkim tempie, czego efektem była Glossolalia. Złośliwi twierdzą, że udany debiut młodej poetki spowodowany był „efekciarskim” czytaniem swoich  wierszy.  Naszym zdaniem  w oryginalności, nowym pomyśle nie ma nic złego. To właśnie wyróżnia jej wiersze spośród innych.  Dodatkowo po usłyszeniu takiego wiersza na głos,  nasuwa się jeszcze inna interpretacja, niż po pierwszym przeczytaniu. Natomiast co do twórczości Filipa Wyszyńskiego, cały etap do wydania tomiku poprzedzony był mozolnymi przygotowaniami.  Tom  Skaleczenie chłopca ulegał licznym modyfikacjom, aż ewoluował w dojrzałą, przepełnioną mądrością książkę. Tym razem wyraźnie widać, ze czas młodemu twórcy był potrzebny i w znacznej mierze się przysłużył.
Oboje młodzi goście mieli przypiętą plakietkę "debiutant", lecz każde z nich nosiło ją zupełnie inaczej... Bardziej melancholijnyy, zamyślony, skryty i poetycko tajemniczy był zdecydowanie Filip Wyszyński, zaś u Katarzyny Fetlińskiej było widać ten specyficzny błysk entuzjazmu i pasji w oczach, ona czarowała swoim czytaniem, i urzekła tak kolejne rzesze słuchaczy.
Zanim jednak mieliśmy przyjemność spotkać się z tą tak różną, lecz równie fascynującą i odznaczającą się swoją charakterystyczną indywidualnością dwójką, zaprezentowała się przed nami spora grupa innych, ledwie początkujących autorów, którzy debiuty mają jeszcze przed sobą. Była to jedyna taka okazja, by usłyszeć ich po raz pierwszy, bo nawet po postawie samych uczestników widać było, jak mało ich uwagi skierowane jest na to, co wokół, na przedświąteczne dźwięki, zapachy... To był chór nieśmiało przebijających się Głosów, niezwykle urzekających, które zagłuszane były własnym drżeniem, biciem serc właścicieli, którzy starali się je opanować, ukazywały się poza ich wnętrzem, wychylały się ku światu i sławie w ten grudniowy wieczór. Urzekały, wzruszały i emanowały wielką nadzieją, nadzieją na powodzenie i sukces, pragnieniem zaprezentowania się i przekazania swojej opowieści.

Ana Dedeszko, Marta Sakowicz, Zuzanna Chabielska

sobota, 15 grudnia 2012

Nagroda literacka Nike 2012

Słowo Nike kojarzy się przede wszystkim z producentem butów sportowych, a dla tych bardziej wtajemniczonych jest to imię greckiej bogini zwycięstwa. Warto więc uświadomić niektórym, iż w Polsce co roku przyznawana jest Literacka Nagroda Nike dla autora najlepszej książki. Konkurs liczy sobie już piętnaście lat, do finałów zakwalifikowało się ponad stu pisarzy i poetów. Zwycięzca otrzymuje statuetkę zaprojektowaną przez Gustawa Zemłę oraz nagrodę pieniężną, której fundatorami są Gazeta Wyborcza oraz Fundacja Agory. Konkurs dzieli się na trzy etapy; pierwszy to przyznanie przez jury dwudziestu nominacji, z których następnie wyłania się siódemkę finalistów. Decyzję o przyznaniu nagrody jury podejmuje w dniu jej wręczenia. 

Tegorocznym laureatem Nike został Marek Bieńczyk za Książkę twarzy. Było to pewne zaskoczenie, gdyż nagrodę zazwyczaj przyznawano za powieści, podczas gdy Książka twarzy Bieńczuka to zbiór esejów o rzeczach dla autora ważnych, więc znajdziemy w niej nie tylko teksty o utworach Chateaubrianda czy Baudeleire’a, ale też o Leo Beenhakkerze, Winnetou, winie przeplatanych wspomnieniami z dzieciństwa. Jak twierdzi Bieńczyk, to jego prywatny Facebook. 

 Jednak nie każdemu spodoba się „fejsbukowa strona” Bieńczyka. Pojawiają się opinie, że książka jest męcząca z powodu nadmiaru terminów, z których zrozumieniem przeciętny Polak będzie mieć trudności, ciężka w odbiorze, nieinteresująca, lecz zaprzeczyć nie można, iż autor Książki twarzy to człowiek wykształcony, patrzący wnikliwie na literaturę, przez co jego eseje są prawdziwą gratką dla polonistów. I jak się okazuje, nie tylko dla nich. Niektórzy w tej publikacji znajdują przyjemność obcowania z człowiekiem pełnym pasji, o szerokim wachlarzu zainteresowań. Bieńczyk w każdym rozdziale objawia czytelnikowi kolejne swoje oblicze ukazane za pomocą twarzy innych ludzi. 

W Książce twarzy nie znajdziemy tekstów przesiąkniętych polityką, sytuacją gospodarczą, czy wojną w Strefie Gazy, które to tematy nadają się na ambitny utwór literacki i które historia za kilkadziesiąt lat ukaże jako najważniejsze. Chyba właśnie w tym tkwi siła tej książki – Bieńczyk pisze o sprawach codziennych. Bo kogo obchodzi, co się dzieje w Chinach, kiedy polscy piłkarze grają o Mundial? 

Ana Dedeszko

czwartek, 6 grudnia 2012

Targi książki

Były targi książki. Jak co roku. Od czwartku do niedzieli (29 listopada – 2 grudnia). Dla uczniów naszej szkoły to rzecz oczywista, że na początku grudnia z jakimś nauczycielem na pewno się tam wybierzemy. Bo blisko, cel szczytny. Stoiska mają prawie wszystkie wydawnictwa, jakie działają w naszym kraju – może nie jest tak źle z naszą kulturą, skoro jest ich całkiem sporo. Dla każdego ucznia nie bez znaczenia jest fakt, że można tam kupić książki z dużym rabatem. Jak dużym? Przynajmniej 10%, choć większość wydawców daje więcej. Zdarzają się też prawdziwe perełki. Książki za 5, 10 zł. Naukowe, literackie – do wyboru, do koloru. No i rabat specjalny. Ja robię to tak: długo stoję z książką w łapie, wertuję, oglądam, wzdycham. Ściągam sprzedawcę wzrokiem. Pytam o cenę. Znowu wzdycham. Zazwyczaj się tłumaczą, że rabat i tak duży. No tak, ale i tak nie starczy, a pani od polskiego polecała... Nie wyobrażacie sobie jak to działa! „Dostojewski i przeklęte problemy” Przybylskiego wpadł w moje łapy za 15 zł, zamiast 30 (z rabatem). I kłamstwa nie było, bo polonistka rzeczywiście zachęcała, gdy omawialiśmy „Zbrodnię i karę”.

Poza wymiarem promocyjno - zakupowym targi to okazja spotkania z wybitnymi pisarzami. W zeszłym roku miałam okazję pogadać z Wojciechem Kuczokiem ( a może dwa lata temu?). A mama zrobiła mi miłą niespodziankę w postaci książki z dedykacją Olgi Tokarczuk.

Dobrze, że mamy takie targi.

środa, 5 grudnia 2012

"Zwiadowcy"- recenzja

Odkąd w księgarniach na całym świecie pojawił się "Harry Potter", zapanowała moda na czarodziejów, wiedźmy i magię. Nieco świeżości mogła wprowadzić Stephanie Meyer sagą "Zmierzch", jednak świecące wampiry już nie sprawiają, że można poczuć tę niesamowitą chęć czytania. 

 Gdy jakiś czas temu weszłam do księgarni, z zamiarem kupienia czegoś interesującego dla koleżanki, nie spodziewałam się, że natknę się na książkę, która wciągnie mnie w ten magiczny sposób. 

"Zwiadowcy" Johna Flanagana to powieść skierowana w szczególności do młodzieży (co można zauważyć już po okładce), jednak starsi czytelnicy też z chęcią ją czytają. Książka zaczyna się zwyczajnie, jednak zapowiadając ten niezwykły pomysł, jaki w swojej głowie stworzył autor. 

Głównym bohaterem jest młody, piętnastoletni chłopiec - Will. Jego największym marzeniem jest zostać jednym ze sławnych i odważnych rycerzy, ale los jaki go spotyka, jest zupełnie inny niż to sobie mógł wyobrazić. Ta opowieść jest typowo czarno - biała. Już od początku można stwierdzić, kto jest dobry, a kto zły. Nie jestem do końca pewna czy to plus, czy minus utworu, ale tym pierwszym na pewno jest brak JAKIEJKOLWIEK magii. Długo szukałam i przeglądałam każdą możliwą powieść fantastyczno - przygodową, by znaleźć właśnie "Zwiadowców". 

 Dzięki lekkości, z jaką pisze autor powieść czyta się łatwo i przyjemnie. Polecam ją każdej osobie, która wykazuje choć minimalne zainteresowanie czytaniem. A skoro ty, drogi czytelniku, znalazłeś się tutaj, to do tej grupy się z pewnością należysz. W tym wypadku, z uśmiechem na ustach, chcę Cię zachęcić do kupienia tej, a nie innej książki. Jeśli nie dla siebie, to dla młodszego brata. Jeśli nie dziś, to jutro. Jeśli nie, to… 

Alena Loreth

czwartek, 29 listopada 2012

Dwa oblicza kobiecości

Uwielbiam literaturę kobiecą. Mimo, że temat miłości nie wydaje się ambitny, wiele autorek udowodniło, że na jego podstawie można zbudować prawdziwe dzieło. Powieść Jane Austen „Duma i uprzedzenie” to klasyka gatunku. Austen opisuje historię rozpuszczonych dziewcząt z dobrych rodzin, których największym (jedynym) problemem jest zamążpójście. Aby być jak najodpowiedniejszą partią dla bogatych kawalerów muszą umieć grać na pianinie, znać się na sztuce i poezji. I szukają tak tych swoich książąt, kręcąc się po salach balowych w pastelowych, koronkowych sukniach, i przychodzą na herbatkę do zamożnych znajomych. Przy całej mojej złośliwości muszę przyznać, że uwielbiam czytać o tych zupełnie pozbawionych kontaktu z rzeczywistością kokietkach. Chociaż w niektórych momentach każda współczesna dziewczyna musi odłożyć książkę, by zaśmiać się lub podenerwować na osiemnastowieczne zasady i konwenanse, jest to wszystko poniekąd urocze. Moja wewnętrzna feministka jest skutecznie uciszana przez Austen i budzi się ta część mnie, która ma ochotę włożyć suknię do ziemi, zakręcić włosy i iść na spacer z absztyfikantem, podczas którego rozmawialibyśmy o muzyce, bo przecież temat polityki czy spraw bieżących nie jest odpowiedni dla kobiety. Ta tajemniczość w relacjach damsko- męskich jest najbardziej pociągająca w owej wizji, tak różnej od współczesności. Może właśnie te różnice sprawiają, że po dwustu latach kobiety nadal szaleją za Austen i panem Darcy, szczególnie gdy wciela się w niego Colin Firth.

Lecz literatura kobieca to nie tylko miłostki, zdrady i plotki. Przeciwieństwem dziewczyn z „Dumy i uprzedzenia” jest Ksenia, główna bohaterka „Białej Wilczycy” Theresy Revay. Piętnastoletnia Rosjanka z arystokratycznej rodziny musi poradzić sobie z osieroceniem, pozbawieniem majątku, tytułu, trudami ucieczki z kraju i opieką nad rodzeństwem. Wszystko, co w życiu osiąga, jest wynikiem jej pracy i poświęcenia. Zupełnie niezależna, silna i bezkompromisowa, potrafi złożyć broń tylko przed swoim ukochanym – niemieckim fotografem. Lecz nieplanowana ciąża, wybuch drugiej wojny światowej i małżeństwo z rozsądku pozbawiają ją jedynej osoby, która dawała jej szczęście. W „Białej Wilczycy” nie tylko fabuła jest ważna. Tło historyczne jest tym, co dopełnia powieść. Rewolucja rosyjska, Paryż biedoty i burżuazji, dekadencki Berlin, ludzie skupieni na filozofii i polityce, nieświadomi zagrożenia wojną – nie jestem w stanie opisać w kilku słowach tego, jak świetnie Revay potrafi przenieść czytelnika w tamte czasy. Czytając „Białą Wilczycę” marzenia o pastelach, balach i ogrodach angielskich wydają się niedorzeczne. Wtedy chce się być kobietą silną jak Ksenia, która swoją urodą, pewnością siebie i umiejętnym wykorzystaniem wdzięku i kobiecej subtelności przetrwała, gdy wydawało się to niemal niemożliwe.

Anna Hnatkowska

poniedziałek, 29 października 2012

Nobel 2012: Mo Yan, czyli „Nie Mów”




Życiorys:

Guan Moye – pseudonim Mo Yan, urodził się w Gaorni (Chiny) 17 lutego 1955r.
Chiński pisarz, laureat literackiej Nagrody Nobla w 2012 roku.

W wieku dwudziestu lat wstąpił do Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, gdzie pełnił funkcje oficera ochrony, instruktora politycznego i oficera propagandy

Dzieła:

- 41 strzałów.
- Obfite piersi, pełne biodra.
- Kraina wódki.
- Rodzina roślinożerców.
- Kara drzewa sandałowego.
- Klan czerwonego sorga.
- Przezroczysta marchewka.

W 1981 roku opublikował pierwsze opowiadanie, "Chunye yu feifei", a wkrótce potem "Minjian yinyue" (1983). W 1984 roku wstąpił na wydział literatury w Wyższej Szkole Artystycznej i wydał "Toumingde hongluobo" (1985).
Jego kolejna książka, "Hong gaoliang jizu", została uznana przez chińskich czytelników za najlepszą powieść roku 1986. Zhang Yimou nakręcił na jej podstawie film, który nagrodzono w 1988 roku na festiwalu w Berlinie Złotym Niedźwiedziem. Mo Yan jest pisarzem znanym i uznanym nie tylko w Chinach. Zagraniczna krytyka zgodnie uważa go za największy talent współczesnej literatury chińskiej.
Mo Yan równoważy czarnowidztwo i pesymizm głęboką miłością do swojego kraju i jego mieszkańców oraz mistrzowskim stylem.
Autor czerpie swoje inspiracje z pisarstwa Lu Xun i realizmu magicznego G. G. Marqueza. Głęboki pesymizm jego powieści splata się z umiłowaniem ojczyzny i mieszkańców Państwa Środka.
W Polsce nakładem Wydawnictwa W.A.B. ukazały się dwie książki pisarza.

 „W literaturze od zawsze brakowało subtelności. Dlatego cenzura może być pomocna w pisaniu, bo zmusza do pracy w pewnej estetyce, do zakopywania myśli głęboko w tekście” – mówi zdobywca literackiego Nobla 2012, Mo Yan.


                                                                                                          Sandra Waniurska